Oszalałem, nic już nie rozumiem i przez negatywne zdarzenia pare dni temu, bodajże 5 dni temu jak ze złości i depresji chciałem sobie odebrać życie podczas próby skoczenia pod samochód (oczywiście stałem i sie patrzałem, bo jestem tchórzem) później chciałem sie zagłodzić i nic nie jadłem i nie piłem 6 godzin, ale potem sie wody napiłem.
Po tym wszystkim poczułem odraze do Boga. Jeśli on jest to nie powinien patrzeć sie na to, jak inni mnie traktują i jak przez tych innych prawie odebrałem sobie życie. Może on jest, a nawet na 100% jest. Ale jeśli jest to widocznie ma mnie gdzieś i jest coś takiego, że Bóg NIE DLA KAŻDEGO jest miłosierny. Co z ludźmi, którzy nie wiedzieli o Bogu, a poszli do piekła? Co z tymi, którzy całe życie byli sprawiedliwi i nie kradli, nie grzeszyli, a zabił ich jakiś idiota.
Mam dość tej religii, wiary, Boga. To wszystko jest albo zbyt skomplikowane, albo ja za głupi na to. Od tej pory polegam na sobie i na REALNYM ŻYCIU, zamiast tracić czas na modlitwe i modlić sie za kogoś (co w rezultacie nie daje NIC !) wole SAM SIEBIE udoskonalać i korzystać z tego, że w niektórych sytuacjach (w niewielu) kłamstwo lub małe oszustwo ratuje mi życie. Wole pracować nad swoją pewnością siebie, nad przekonaniami na swój temat, nawet NEGATYWNYMI przekonaniami o niektórych głupich ludziach, bym nie przejmował sie ich opinią, zamiast myśleć, że jeżeli będę im wybaczał to oni nagle zobaczą "och! Przecież on jest miły dla nas, przestańmy mu dokuczać" przez takie coś tylko pogorszyłem swoją sytuacje w szkole w liceum i teraz jestem prawie wyrzutkiem. I gdzie ten Bóg o którym wszyscy mówią?
Nie dam sie więcej omamić, od tej pory będę logiczny i skupiał sie bardziej na swojej psychice niż na jakiejś mocy, która niewiadomo nawet czy istnieje i nikt tego w 100% nie potwierdzi, jest jedynia to co siedzi w Twojej głowie, a nie naprawde.
Pamiętam, jak byłem ateistą przez całe swoje życie, nie przejmowałem sie tak problemami, a od jakichś 5 miesięcy zastanawiam sie codziennie nad Bogiem, religią, wiarą, ludźmi i tylko mnie od tego głowa pęka, problemy różne, choroby i smutki i depresje. NIE CHCE TEGO.
Czekam na wasze opinie i "dowody" na to, że sie myle, a potem za kilka dni usuwam tu konto. Wiem, że to co napisałem zabrzmiało troche nieprzyjacielsko, jeśli tak to sorry. Nie mam zamiaru stać sie jakimś "złym buntownikiem", który wszystko robi na opak. Chce po prostu normalnego życia, kiedy nie wierzyłem w Boga to moje życie miało większy sens i nie traciłem tyle czasu na myślenie o Bogu i zastanawianiu sie czy to prawda. Kiedy nieraz już uwierzyłem na 100% to na drugi dzień coś sie pierdzieliło i już było znów do dupy.
Ja nie chce żyć po to, by jakiś Bóg kazał mi być co chwile smutnym "bo tak mają katolicy".
Chce być dobrym człowiekiem, obytym towarzysko, nie hejterem, który wyzywa ludzi bo to jakiś trik, by mieć szacunek. Chce mieć normalych przyjaciół, kobiete, rodzine, w przyszłości kase prace i dom. A nie jakieś smucenie sie i depresje i słyszenie opinii od innych "KATOLICY SĄ SZCZĘŚLIWSI NIŻ CI CO NIE WIERZĄ", jakoś ja tego nie doznałem.
Uważam, że postąpiłem słusznie
Po tym wszystkim poczułem odraze do Boga. Jeśli on jest to nie powinien patrzeć sie na to, jak inni mnie traktują i jak przez tych innych prawie odebrałem sobie życie. Może on jest, a nawet na 100% jest. Ale jeśli jest to widocznie ma mnie gdzieś i jest coś takiego, że Bóg NIE DLA KAŻDEGO jest miłosierny. Co z ludźmi, którzy nie wiedzieli o Bogu, a poszli do piekła? Co z tymi, którzy całe życie byli sprawiedliwi i nie kradli, nie grzeszyli, a zabił ich jakiś idiota.
Mam dość tej religii, wiary, Boga. To wszystko jest albo zbyt skomplikowane, albo ja za głupi na to. Od tej pory polegam na sobie i na REALNYM ŻYCIU, zamiast tracić czas na modlitwe i modlić sie za kogoś (co w rezultacie nie daje NIC !) wole SAM SIEBIE udoskonalać i korzystać z tego, że w niektórych sytuacjach (w niewielu) kłamstwo lub małe oszustwo ratuje mi życie. Wole pracować nad swoją pewnością siebie, nad przekonaniami na swój temat, nawet NEGATYWNYMI przekonaniami o niektórych głupich ludziach, bym nie przejmował sie ich opinią, zamiast myśleć, że jeżeli będę im wybaczał to oni nagle zobaczą "och! Przecież on jest miły dla nas, przestańmy mu dokuczać" przez takie coś tylko pogorszyłem swoją sytuacje w szkole w liceum i teraz jestem prawie wyrzutkiem. I gdzie ten Bóg o którym wszyscy mówią?
Nie dam sie więcej omamić, od tej pory będę logiczny i skupiał sie bardziej na swojej psychice niż na jakiejś mocy, która niewiadomo nawet czy istnieje i nikt tego w 100% nie potwierdzi, jest jedynia to co siedzi w Twojej głowie, a nie naprawde.
Pamiętam, jak byłem ateistą przez całe swoje życie, nie przejmowałem sie tak problemami, a od jakichś 5 miesięcy zastanawiam sie codziennie nad Bogiem, religią, wiarą, ludźmi i tylko mnie od tego głowa pęka, problemy różne, choroby i smutki i depresje. NIE CHCE TEGO.
Czekam na wasze opinie i "dowody" na to, że sie myle, a potem za kilka dni usuwam tu konto. Wiem, że to co napisałem zabrzmiało troche nieprzyjacielsko, jeśli tak to sorry. Nie mam zamiaru stać sie jakimś "złym buntownikiem", który wszystko robi na opak. Chce po prostu normalnego życia, kiedy nie wierzyłem w Boga to moje życie miało większy sens i nie traciłem tyle czasu na myślenie o Bogu i zastanawianiu sie czy to prawda. Kiedy nieraz już uwierzyłem na 100% to na drugi dzień coś sie pierdzieliło i już było znów do dupy.
Ja nie chce żyć po to, by jakiś Bóg kazał mi być co chwile smutnym "bo tak mają katolicy".
Chce być dobrym człowiekiem, obytym towarzysko, nie hejterem, który wyzywa ludzi bo to jakiś trik, by mieć szacunek. Chce mieć normalych przyjaciół, kobiete, rodzine, w przyszłości kase prace i dom. A nie jakieś smucenie sie i depresje i słyszenie opinii od innych "KATOLICY SĄ SZCZĘŚLIWSI NIŻ CI CO NIE WIERZĄ", jakoś ja tego nie doznałem.
Uważam, że postąpiłem słusznie